Samotny Mężczyzna (czyli o tym co się dzieje, gdy człowiek od ubrań staje za kamerą)

In Reviews on 2 July 2010 at 21:54

Proste historie mają to do siebie, że łatwo popaść w banał. A stąd ledwie dwa kroki do kiczu. Z drugiej strony, te same proste opowieści w kameralnej oprawie, sprawnie poprowadzone, potrafią oddać wiele więcej niż epickie widowiska. Tutaj naprawdę mogło zdarzyć się dosłownie wszystko. Ładny, infantylny filmik, soczysty dramat albo przeintelektualizowany gniot.

Debiut Tom Forda rozpoczyna się sekwencją ujęć męskiego ciała uwięzionego w wodzie, której towarzyszy liryczny akompaniament. Nie jest to może początek wstrząsający, ale z pewnością estetycznie satysfakcjonujący i bardzo trafnie oddający stan wewnętrzny głównego bohatera. Dzięki temu od samego początku widz doświadcza emocji, a nie postaci. I tak już pozostaje do końca. To najmocniejsza – poza wizualną – strona obrazu opartego na powieści Christophera Isherwood’a. Bohaterów definiują uczucia, a nie konkretne zachowania czy historie ich życia. George: zdruzgotany nagłą stratą życiowego partnera. Charly: jego rozwiedziona przyjaciółka, gasząca gorycz rozżalenia dużą ilością drinków na bazie ginu. Jim: zmarły tragiczną śmiercią kochanek, pojawiający się jedynie w formie wyidealizowanych wspomnień. Kenny i Carlos: doskonale jędrne i opalone ucieleśnienie żądzy i fascynacji. Ulotna obietnica ukojenia. Przelotny flirt, błahe konwersacje, nie do końca przypadkowe spojrzenia, zlane w technikolorowym różu zachodzącego słońca. Bolesna samotność versus rutyna wypełniająca prawie doskonale czas każdego dnia. Groteskowość przygotowań do próby samobójczej wobec pedantycznej egzekucji ostatecznych porządków. Wszystko, czego doświadczamy oglądając obraz Forda to uczucia, które łatwo sobie wyobrazić. Czym więc się zachwycać? Temat samotności, bólu po utracie najbliższej osoby był już analizowany okiem niejednej kamery. Uniwersalność tej historii mogłaby być jej największą wadą, gdyby nie to, że autorowi udało się zachować dystans zarówno do samego bohatera, jak i sytuacji, w której się znalazł. Skoncentrowanie fabuły wokół jednego dnia z życia George’a –  dnia na wielu poziomach przełomowego – znacznie intensyfikuje odbiór każdego pojedynczego dialogu, każdej, nawet przelotnie pojawiającej się postaci klasycznie symboliczne znaczenie. Odbicie tego znajdujemy nie tylko w samej treści, ale także w formie jaką wybrał Ford, począwszy od misternie dopracowanej scenografii, przez znakomicie skrojone garnitury, olśniewające zdjęcia i dość minimalistyczną paletę barw. Na osobne wyróżnienie zasługuje niesamowicie klimatyczna ścieżka dźwiękowa autorstwa Korzeniowskiego, delikatnie niepokojąca i nostalgiczna. Całość współgra na wielu płaszczyznach, choć debiutantowi nie udało się uniknąć błędów. Kolorystyczny kontrast, który ilustruje zmiany nastroju głównego bohatera jest zabiegiem prymitywnym i zdecydowanie zbyt dosłownym. Mając do dyspozycji tak utalentowanych aktorów, nie trzeba posiłkować się łopatologicznym odniesieniem. Pozorne dłużyzny niektórych ujęć, koncentracja kamery w jednym puncie i jej leniwe przejścia w kolejne kadry mogą niektórych drażnić. Nie jest to jednak przekombinowanie na poziomie Gusa Van Santa, który potrafi doprowadzić widza do skrajnej irytacji. Tutaj nasuwają się raczej skojarzenia z kinem francuskim, które często operuje tego typu wydłużeniami. Dzięki temu mamy okazję naprawdę – wreszcie! – przekonać się, że Colin Firth potrafi zagrać więcej niż chłopaka Bridget Jones. Kluczowa jest scena rozmowy telefonicznej, zbudowana w całości na pojedynczym, rozciągniętym w czasie zbliżeniu. To jeden z tych momentów, który definiuje klasę aktora.

„Samotny Mężczyzna”, poza tematem wewnętrznej rozpaczy głównego bohatera, jest także obrazem traktującym o  miłości  homoseksualnej w latach pięćdziesiątych. Umiejscowienie w czasie mogłoby stać się bazą dla dyskusji na temat dyskryminacji i hipokryzji, udaje się jednak Fordowi sprytnie uciec od tej konfrontacji, centrując uwagę na emocjach postaci, a nie ich społecznego wykluczenia i przymusu tkwienia w ukryciu. Krótka mowa wygłoszona przez profesora George’a Falconera przy okazji analizy powieści Huxleya jest raczej subtelnym muśnięciem, a nie porządnym kuksańcem w bok. W rezultacie powstał film traktujący miłość homo- i heteroseksualną na równi, co niezmiernie rzadko się zdarza. Prawda jak zwykle jest banalna: uczucia są wszędzie takie same. George nie dlatego tak przeżywa swoją tragedię, że jest gejem, ale dlatego, że stracił miłość swojego życia. Z tej perspektywy debiut Forda jest jednym z nielicznych filmów, które nazywają rzeczy po imieniu, unikając jednocześnie przesadnej nachalności. I zdecydowanie pozbawiony jest zbędnej kowbojskiej egzaltacji.

Nie wiem, co mówi się o uznanych projektantach mody, którzy biorą się za reżyserowanie. Prawdopodobnie traktuje się ich z lekkim lekceważeniem. Mają kasę, niech się bawią. Rzeczywiście, ten nakręcony w trzy tygodnie film został w pełni sfinansowany przez Forda. W żaden sposób nie powinno to jednak wpływać na odbiór „Samotnego Mężczyzny”. Jest to debiut zaskakująco dojrzały i wyrafinowany, zarówno w treści, jak i formie. Doświadczenie reżysera w tworzeniu pięknych rzeczy działa w tym przypadku definitywnie na korzyść. Ta prosta historia zdarzyła się pięknie.

Na koniec drobna uwaga. Panie Ford, w znakomitej większości przypadków ból wieńcowy w zawale serca promieniuje do lewego ramienia. Zboczenie zawodowe.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: