High Violet (czyli o tym, że pewne rzeczy nie powinny się zmieniać)

In Reviews on 6 July 2010 at 17:52

Zdarzyło mi się razu pewnego polecać pewną płytę. Dzień był dość ciepły, choć trudno powiedzieć, czy był to dzień jesienny czy raczej wiosenny. W ten  ciepły dzień mówiłam, że na owej płycie jest wszystko, co najlepsze: głęboki wokal, ładne melodie, smutne historie i piękne partie gitary. W odpowiedzi usłyszałam, że to w takim razie nie może być ciekawa rzecz. Dwa tygodnie później, gdzieś  na jakimś korytarzu, padło tylko jedno zdanie: Miałaś rację, to świetna płyta jest.

Gdy kilka dni temu pokój wypełniły pierwsze dźwięki High Violet, odniosłam wrażenie deja vu. Wciąż ta sama, charakterystyczna barwa głosu, gładkie, przelewające się między palcami dźwięki splecione w piękne frazy, skrawki opowieści pojawiające się znikąd i urywane w pół zdania. Gitara nadal brzmi nieznośnie miękko, a teksty sprawiają wrażenie fragmentarycznych wspomnień miejsc i rzeczy, pozostawiając spory margines dla subiektywnej interpretacji. Jest może nieco bardziej melancholijnie, aranżacje wydają się bogatsze, w tle więcej się dzieje, choć tak naprawdę nic się nie zmienia. Pytanie: czy to dobrze? Pewne płyty po prostu pojawiają się w odpowiednim momencie. High Violet przyszła do mnie latem: spokojna, łagodna i potwornie smutna, w totalnej opozycji do zabójczego żaru miejskiej patelni, przyduszonych truskawek z Marszałkowskiej i spoconych tłumów na ulicach. Wtedy właśnie usłyszałam It’s a terrible love that I’m walking with spiders… Zrobiło się jakby chłodniej. Potem było Sorrow found me when I was young, chwilę później Didn’t wanna be your ghost/Didn’t wanna be anyone’s ghost i jeśli miałam jakąkolwiek broń, to w tym momencie właśnie ją złożyłam. Przy Afraid Of Everyone przemknęło mi przez myśl, że to może być TA płyta. Ta jedna, której właśnie potrzebuję. Bo I don’t have the drugs to sort it out. Singlowe Bloodbuzz Ohio to całkiem niezły wybór na pierwszy ogień – zawiera w sobie wszystkie dobre cechy całości plus ożywcze tempo, które dobrze współgra z sentymentalnym wydźwiękiem tekstu. Podobnie odbieram Conversation 16. Rozbudowanie tła daje momentami wrażenie aranżacji nieco patetycznych, ale nie przekracza granic dobrego smaku, więc nie ma efektu przeładowania. I jeśli przez chwilę wydawało mi się, że może za dużo tych smyczków z tyłu, może powinno być nieco surowiej, a brzmienie zbyt klarowne, to wątpliwości te rozwiały kolejne przesłuchania. Poczułam się jak w domu. Jedenaście cudownie współgrających punktów na prowadzącym donikąd wykresie. Spójność, ponad wszelką miarę to właśnie spójność całości wybija się tutaj na pierwszy plan. The National grają już ze sobą kilka dobrych lat i to słychać. Gdzieś na początku było więcej niepewności, nieśmiałe klawisze pojawiały się czasem w tle, całokształt trochę jakby na szybko, jedynym punktem, na który można było liczyć za każdym razem był hipnotyzujący, lekko jakby zrezygnowany głos Beringera. Tym razem jest idealnie. Całość powala perfekcyjnym wykonaniem i dbałością o szczegóły. Ponawiam pytanie: dobrze to, czy może nie do końca?

Gdybym chciała pisać tradycyjne recenzje na temat, pewnie pisałabym gdzie indziej. Pisałabym wtedy, siląc się na obiektywizm, że czegoś tu brakuje, że za ładnie jest, że ja lubię jak smutno jest brudno, a nie tak czyściutko i ślicznie. Przyczepiłabym się, że Karamazov stracił swój oryginalny tytuł i teraz istnieje jako numer osiem: Runaway. Cholera, nie lubię silić się na obiektywizm. I jeśli coś trafia idealnie w sedno, to nie widzę potrzeby, by kręcić nosem i uprawiać modne malkontenctwo. Mówię więc: to dobrze. Znakomicie, bo właśnie taka płyta była mi tego lata niezbędna, gdy wieczory są za długie, książki nie chcą się czytać, a listy pisać. Wcześniej zawsze mogłam liczyć na Ryana Adamsa, ale tym razem zrobił dość nieprzewidywalny zwrot w kierunku oldskulowego heavy metalu, który nijak się ma do mojego stanu wewnętrznego. Niezmienność pewnych rzeczy bywa czasem zbawienna. High Violet nie jest może najlepszą płytą tego roku, ale z którymś odsłuchaniem może stać się jedną z tych niezastąpionych. I tak, jak zdarzyło mi się kiedyś polecać Alligator, tak i tym razem, z zupełnie czystym sumieniem, polecić mogę ostatnie dokonanie The National.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: