Jak Wam Się Podoba (czyli o tym, jak słuchałam Paristetris grając w badmintona)

In Places on 6 August 2010 at 17:02

Podobno badminton to obecnie najszybszy sport świata. Zdaję sobie sprawę, że laikowi w tym temacie trudno skojarzyć zawrotną prędkość z leniwym wakacyjnym przebijaniem lotki ponad siatką , ale musicie uwierzyć mi na słowo: to naprawdę może być hardkorowa rzecz. Wymaga dokładności, szybkości, refleksu, siły i techniki. Powyższe spostrzeżenia nie wzięły się znikąd. Dziwnym zrządzeniem losu znalazłam się w połowie lipca w niewielkim mieście powiatu wałeckiego, wśród trzydziestu gimnazjalistolicealistów uzbrojonych w rakiety do badmintona. Nie wiedziałam za bardzo, czego się spodziewać, jako że młodzieżą już od jakiegoś czasu nie jestem. Obserwacja numer jeden: z tymi młodymi ludźmi da się pogadać. O rozmaitych rzeczach. Obserwacja numer dwa: osiemnastolatkowie regularnie trenujący prezentują się bez koszulki niebo lepiej niż dwudziestopięcioletni intelektualiści.

Poza tymi, skądinąnd zaskakującymi odkryciami, dane mi było wreszcie zobaczyć na żywo projekt Paristetris. Piszę wreszcie, ponieważ przymierzałam się już od jakiegoś czasu, ale – choć w stolicy grali stosunkowo często – do zeszłego piątku nie miałam okazji. Moje zdziwienie było więc spore, gdy w mieście Tuczno zobaczyłam plakat informujący o odbywającym się tam właśnie festiwalu audiowizualnym organizowanym przez grupę MISIETUPODOBA. Stowarzyszenie powstało w Poznaniu w 2001 roku i zajmuje się szeroko pojętą promocją kultury i sztuki. W Tucznie pojawiły się w tym roku dwie sceny – główna i eksperymentalna, w klubie Bałagan odbył się przegląd filmów żenujących (i nie tylko), można było zjeść swojskie potrawy przygotowane przez panie z Koła Gospodyń Wiejskich, obejrzeć wystawy i wernisaże, wypić piwo w plenerze i – co najważniejsze – wysłuchać kilkunastu wykonawców, zarówno sceny polskiej, jak i zagranicznej. Nie ukrywam, że zdecydowanie najbardziej interesował mnie koncert otwierający te trzydniowe hulanki i swawole, czyli wspomniany wyżej Paristetris. Zespół w oryginalnym, trzyosobowym składzie obejmuje Maseckiego, Morettiego i Candelarię „Candi” Saenz Valiente. Każdy z członków ma za sobą pracę w odrębnych projektach. Razem stanowią niezwykle kreatywną mieszankę wybuchową i od tej właśnie strony zaprezentowali się na piątkowym koncercie inauguracyjnym festiwalu. Większość materiału pochodziła z debiutanckiego krążka, którego premiera miała miejsce dwa lata temu. Candi wypada rewelacyjnie na żywo – mocny, pewny wokal, charyzma i urok tej drobnej kobietki zdominowały pozostałych członków grupy. Takie utwory, jak „BBQ” czy – mój osobisty faworyt – „Electrodomestics” brzmiały na żywo niesamowicie. Po powrocie do Warszawy udało mi się dotrzeć do studyjnych nagrań i ze smutkiem stwierdzam, że w studio Paristetris nie robi już takiego wrażenia. Spłycone brzmienie, trochę za sucho, zdecydowanie mniej energii, na czym tracą głównie partie wokalne. Szkoda, bo to nadal są świeże i niezwykle interesujące piosenki (włączając w to abstrakcyjne momentami teksty). Mimo to, w moim skromnym mniemaniu, Paristetris nadal pozostaje jedną z ciekawszych muzycznie propozycji na polskim rynku muzycznym. Pozbawioną ograniczeń, niepoddającą się modom wszelakim ani naciskom zewnętrznym grupą świetnych muzyków, których głowy są pełne szalonych pomysłów. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że na drugiej płycie, której premiera planowana jest wczesną jesienią, zagrają bardziej jak na scenie niż w studio. Na pewno też nie raz pojawią się na koncertach w Warszawie, więc jeśli będziecie mieli okazje, skorzystajcie. Takie rzeczy sygnowane (prawie) swojsko brzmiącymi nazwiskami często się nie zdarzają.

Następnym wykonawcą, który zajął scenę główną był Kev Fox z zespołem. Temu brytyjczykowi, rezydującemy obecnie w Manchesterze, należy się jednak odrębny felieton, którego nie omieszkam niebawem popełnić. Wspomnę jedynie, że Kev Fox Band zagra jeszcze jeden koncert w Warszawie. Nadchodzącej niedzieli wystapią w Dobrej Karmie. Wejście – słownie – dziesięć złotych, co jest naprawdę śmieszną ceną za tak wspaniałą muzykę.

W związku z obowiązkami, jakie na mnie spoczywały nie było mi niestety dane usłyszeć wiele więcej. Z tego, co docierało do uszu (Tuczno to jednak niewielkie miasto) wnioskuję, że nie ominęły mnie żadne perełki polskiej sceny niezależnej (wręcz przeciwnie momentami). Finał festiwalowy zapowiadał się dość ciekawie – z dj setem autorstwa Maxa Tundry i występem formacji Mitch&Mitch. Niestety powrót do Warszawy był odgórnie zaplanowany i niedzielnym przedpołudniem opuściłam powiat wałecki.

W ramach krótkiego podsumowania całości wypada stwierdzić, że inicjatywa MISIETUPODOBA dowodzi, że w Polsce można. Nie tylko zaprosić interesujących wykonawców zagranicznych, ale nawet zorganizować -alternatywnie do wielkich, biletowanych festiwali wakacyjnych – trzydniowy maraton kulturalny w mieście, gdzie są cztery lumpeksy, a nie uświadczysz żadnej księgarni.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: